KsiądzKazaniaRok CTrzeba o tym powiedzieć

Trzeba o tym powiedzieć

5 Niedziela zwykła

Kwaczała, 8.02.1998

 

Drodzy parafianie!

Trzeba o tym powiedzieć, bo tu są wasze dzieci.

Trzeba o tym powiedzieć, bo czyta się o tym niekiedy w czasopismach.

Trzeba o tym powiedzieć, bo mówią dziś o tym wszystkie czytania.

Chodzi o powołanie.

Zapytajmy na początek. Dlaczego Bóg powołuje? Czy nie mogliby wszyscy żyć w stanie małżeńskim?

 

Popatrzmy na Ewangelię.

Tłum ludzi cisnął się do Jezusa. Po co? Żeby słuchać Słowa Bożego. Tysiące mieszkańców Palestyny wysiadywało godzinami ustóp Mistrza z Nazaretu. Nie tylko po to, by zostać uzdrowionym z chorób, nie tylko, żeby podziwiać wskrzeszenie Łazarza, nie tylko, żeby zachwycić się cudownym połowem. Oni wiedzieli, że Jezus daje im odpowiedzi na wszystkie bolączki, które człowiek zawsze przeżywał i przeżywa.

Bóg wie, że człowiek potrzebuje pomocy. Bóg wie, że człowiek jest zagubiony, że potrzeba mu przewodnika. Dlatego woła: „Kogo mam posłać?”

Bóg powołuje, żeby pomóc tym, którzy są zagubieni na ścieżkach swojego człowieczego życia.

Oto odpowiedź na pytanie pierwsze.

 

Trzeba dziś postawić i drugie pytanie. Jak powołuije Bóg? Po czym to poznać?

Na pewno nie jest to takie proste, jak wtedy nad jeziorem Galilejskim, kiedy Jezus rzekł do szymona: „Nie bój się, odtad ludzi będziesz łowił”. Są jednak pewne znaki, przez które przemawia Bóg.

Kiedy w sercu raz po raz pojawia się pytanie: czy ja jestem powołany?. Kiedy raz po raz czuję w sercu, ze nie byłoby to wcale takie złe być księdzem, czy siostra zakonną, kiedy jakaś siła pcha mnie do częstego przyklękania do modlitwy i kierowania swoich nóg do kościoła, to niewątpliwie jest to głos Boga. Może trwać on latami. Może płynąć przez rodziców, przez znajomych, przez księdza, przez wydarzenia.

Pamiętam, że pierwszy raz myśl o powołaniu wzbudziła we mnie mama. Kiedy miałem 6 lat, zapytała: „Wojtuś, będziesz księdzem?”. Ja nie chciałem robić mamie przykrośc, to mówiłem: „Będę, będę”.

 

Te dwa pierwsze pytania są w miarę proste. Najtrudniej jest odpowiedzieć człowiekowi na pytanie trzecie.

Jakże ja mogę iść za Tobą, Panie, jak jestem człowiek grzeszny?

Świat wyśmiewa się z wiary, atakują księży, wyszydzają Kościół, mówia, że to nudne, że nie postępowe. Ja czuję się slaby, żeby ten atak wytrzymać.

Nie bój się – mówi Jezus do Szymona.

Nie bój się – mówi Jezus do powołanych.

Oto wina Twoja zmazana, zgładzony twój grzech. Ja jestem z tobą. Ja ciebie umocnię. Każdy z powołanych nie jest godny mówić o tych świętych tajemnicach wiary. Ale skoro Bóg chce, to jakże Mu odmówić?

 

Drodzy parafianie!

Każdy z nas potzrebuje przyjacielskiej pomocy w drodze do Boga – dlatego Bóg powołuje.

Każdy powołany hcce mieć pewność powołania – dlatego Bóg daje rożne znaki przez ludzi i zdarzenia.

Każdy czuje się niegodnym – dlatego Bóg umacnia.

To są podstawy powołania.

 

Co jednak jeszcze powinniśmy wynieść z dzisiejszej ambony?

Pierwsza sprawa – nie narzekajmy na ludzi powołanych. To jest naprawdę przykre, jak katolicy – bracia w Chrystusie Panu – wylewaja brudy na swoich księży i siostry zakonne. Przecież jak kobieta nagada się na księży, to nie będzie chciała, żeby jej syn poszedł do Seminarium, bo kto by chciał, żeby jego dziecko było tak obmawiane.

- Nigdy nie będę księdzem – powiedział ministrant, jak zobaczył, iż ludzie tyle przekleństw posłali pod adresem jednego kapłana.

 

Druga sprawa – ani nie namawaijmy ani nie zabraniajmy. Każdy człowiek wybiera drogę życiową tylko raz – dla siebie i jest nie do pomyślenia, żeby mama, albo tata decydowali, kim ma być ich dziecko.

W Kluszkowcach, tj. w miejscowości, w której chodziłem do Szkoły Podstawowej słyszałem od jednej kobiety historie o matce i synu. Matka miała syna, który naprawdę chciał być księdzem, ale wszystko robiła, żeby go od teg oodwiść. Zawoziła go nawet na dyskotekę, kupiła mu od czasu do czasu wódkę. Pilnowała ,żeby czasem nie chodził na plebanię. On nie chciał sprzeciwać się matce. Był jedynakiem. No, ale co z tego, ze się ożenił, jak po kilku latach żona odeszła, został sam z goryczą w sercu, że księdzem nie będzie.

Człowiek jest wtedy szczęśliwy, jak idzie za głosem powołania.

Jesteś szczęśliwy jako stolarz? Bogu niech będą dzięki!

Cieszy cię bycie ojcem i praca na zakładach chemicznych? Bogu niech będą dzięki!

A jak kogoś cieszy praca i służba na rzecz Kościoła, to też trzeba się z tego cieszyć a nie robić problemów.

Trzy lata temu przyszedł do seminarium chłopak, któremu mama powiedziała, że jak nie wróci do domu, to całe życie nie będzie się do niego przyznawać. I dość, ze chłopak miał problemy ze sobą, to jeszcze go szantażowała matka. Dzwoniła codziennie. Po tygodniu zachorowała. I zrezygnował.

Co takiego strasznego widzą niektórzy w kapłaństwie? Nie wiem. Owszem, są trudne chwile, ale powiedzcie, czy wasze życie jest różowe?

Nie wiem, co mnie spotka jutro, jaki krzyż Bóg włoży mi na ramiona, ale dziś mogę powiedzieć, ze nie widzę dla siebie innej drogi, że nie widzę innego szczęścia, zwłaszcza po tych trzy dniowych rekolekcjach z waszą młodzieżą, nie widzę innego powołania, które by mi sprawiało tak wielką radość, jak zblizanie ludzi do Boga.

 

I jeszcze jedno. W imieniu księdza dziekana a naszego proboszcza, w swoim imieniu i moich kolegów proszę was o modlitwę za wszystkich powołanych, zebyśmy nie zapomnieli o tym, ze mam głosić wam prawdę życia. A w imieniu Kościoła proszę was, módlcie się o nowe powołania, żeby miał kto przekazywać ludziom światło w mrokach życia i umacniać sakramentami w chwilach słabości. Żeby nie nastał taki dzień, kiedy tłum będzie stał nad brzegiem Kościoła, cisnął się do Ewangelii, nadstawiał uszu i serca, aby posłuchać głosu płynącego z łodzi, a włodzi... będzie pusto.

 

Kwaczała, 8.02.1998

Podobne