Ekspres Homiletyczny, luty 2011
Był najlepszym wykładowcą w Seminarium. Tak to czułem zawsze. Wygrał nawet z Tischnerem. Nie pomogło, że Filozofa z Łopusznej poznałem dużo wcześniej, że ceniłem niezmiernie, że czytam go do dziś więcej i że poza Papieżem jest dla mnie największym autorytetem. Życińskiego po prostu uwielbiałem słuchać.
Śmierć arcybiskupa z Lublina zrodziła niejedną refleksję. Ja pozwolę sobie na pytanie o ideał profesora.
Co takiego było w metropolicie lubelskim? Nie wiem.
Przedmiot nudny jak szkoda gadać. Wykłady tuż przed obiadem. Sala zapełniona ludźmi. No i jeszcze to krakowskie powietrze, do którego ciężko się przyzwyczaić nie tylko góralowi. A jednak… Wciągał serce w trzeci świat Poppera. Malował w wyobraźni dyskusje na nowojorskim trawniku. Tłumaczył jak to jest ważne, żeby być intersubiektywnie komunikowalnym i intersubiektywnie kontrolowalnym. To był jedyny wykład, na którym parę razy łezka zakręciła się w oku i przychodziły takie chwile, kiedy w duszy modliłem się, żeby zajęcia jeszcze się nie skończyły, tylko żeby trwały… i trwały… Nigdy potem, ani w Rzymie ani w Jerozolimie nie spotykałem wykładowców takiej klasy.
Czy jednak to jest ideał profesora?
Prawie nic nie pamiętam z filozofii nauki. Nie nauczyłem się ani metody ani treści. Nie zacząłem czytać książek na ten temat. Poza piątką w indeksie i uznaniem dla profesora nie zostało chyba nic.
Czy to jest więc ideał profesora?
W podstawówce uczył mnie geografii pan Jan Krępa. Chodził z uczniami w góry. Nauczył zbierać punkty na górskie oznaki turystyczne. Przygotowywał na olimpiady i wychowywał zwycięzców. Ciągnął nas po konkursach krajoznawczych z wymiernymi efektami.
To od niego zaraziłem się górami. Dzięki fundamentom położonym przez niego mogłem w Liceum dostać się na ogólnopolską olimpiadę z geografii. To on zachęcił do kursu młodzieżowego organizatora turystyki.
Czy to jest ideał profesora?
W liceum uczył mnie polskiego pan Edward Bogacz. Przestałem się go bać dopiero chyba w maturalnej klasie. 16 wypracowań na rok to była norma. Jak klasa była grzeczna. Jak nie, to 18. Trzy zeszyty notatek po 100 stron na jeden rok. Z każdego omawianego utworu jakiś cytat na pamięć. Była nawet gimnastyka śródlekcyjna i zanoszenie w siatce zeszytów do mieszkania profesora! Ponad kilometr drogi. Standardem były oceny tak niskie, że nauczyliśmy się szybko dziękować Bogu za trójkę z plusem.
A przecież to on zaraził mnie literaturą. Nauczył warsztatu pisania i pierwszych kroków w retoryce. Wchodząc do księgarni gdziekolwiek na świecie, poznaję autorów i tytuły książek, z których sprawdziany były niemiłosierne, albo, które podane jako lektura uzupełniająca, pozostały w pamięci na zawsze jako marzenia czytelnika odłożone na przyszłość: Klub Pickwicka Dickensa czy Raj Utracony Miltona.
Czy to jest ideał profesora?
W Rzymie pisałem licencjat u Beutlera. O pracy rozmawialiśmy raz tylko. 15 minut. Zdecydowanie wybrał jeden z trzech zasugerowanych tematów. Polecił najlepszą metodę badań. Niecałe 70 stron napisało się w miesiąc. Pracę oddałem przez portiera jezuitów i do dziś jestem pod wrażeniem owej niesamowitej „współpracy” z promotorem. Już nie mówiąc, że na życzenia mailowe odpowiadał tego samego dnia.
Czy to jest ideał profesora?
Życiński był dla mnie najlepszym wykładowcą. Tak to czuję. Ale mieszając zadumę z modlitwą i refleksją nie mogę uciec od nurtującego pytania: Co to znaczy być wybitnym profesorem? Czy w tej materii istnieje tylko jeden skończony paradygmat? Czy bycie wybitnym jest symfoniczne jak prawda? A może to tylko iluzja subiektywnej percepcji?