MaxirefleksjeMsza z Guy Gilbertem

Msza z Guy Gilbertem

Wrócę do Mszy św., którą odprawiałem z ks. Guy Gilbertem w Jerozolimie prawie 2 tygodnie temu. Bo nigdy przez 21 kapłańskich lat nie przeżyłem czegoś podobnego.

 

Zanim zaczęła się Msza, ks. Guy poprosił, żebyśmy przygotowali wino i wodę. Trochę byłem zdziwiony, gdy drugi francuski ksiądz nalał wina i wody do kielicha, rozłożył korporał i patenę z hostią na ołtarzu tak jakbyśmy już byli po Modlitwie Wiernych. Pomyślałem sobie: może to taka wersja bez liturgii słowa? Nie było „W imię Ojca i Syna”. Dużo słów na początek, co wydawało się być dopiero przygotowaniem do Mszy św., ale skoro w pewnym momencie przeszli od razu do Ewangelii, bez aktu skruchy, kolekty, czytań, psalmu, to mnie już trochę zdziwiło. Ewangelię wysłuchali wszyscy na siedząco, ale każdy zrobił 3 krzyżyki na czole, ustach i piersi, więc to nie tak, żeby nie byli zorientowani. Kazanie było bardzo mądre, chrystologicznie, o modlitwie, Eucharystii. Żaden moderna ani cudowanie. Po kazaniu kazał podejść kobiecie i wziąć kielich  z ołtarza a mężczyźnie patenę z hostią i stanąć przed ołtarzem twarzą do ludzi razem z nami 3 celebransami. W takiej postawie odbyła się modlitwa wiernych, głęboka, konkretna. Widać, że te prawie 100 osób to nie są kibice fajerwerków duchowych. Kiedy usłyszałem „Pan z Wami” i  „W górę serca”, myślałem, że już będzie tak jak w książkach piszą, ale prefacji nie było, tylko parę słów prowadzącego. „Święty, Święty”  i potem już dokładnie tak jak w Mszale od „Zaprawdę jesteś święty” aż do „Oto wielka tajemnica wiary” a raczej przed, bo zaraz po ukazaniu kielicha, powiedziawszy parę słów, przeszliśmy do „Ojcze nasz”. Po nim zaraz „Przekażcie sobie znak pokoju”, który przekazywaliśmy sobie bardzo długo. Komunię przyjmowali godnie. Do ust, lub na rękę. Niektórzy nie przyjmowali. Dla nich, po rozdaniu Ciała Chrystusa, ks. Guy miał przygotowany zwykły chleb, który całą mszę leżał sobie obok mszału na ołtarzu. Po paru słowach przeszliśmy do błogosławieństwa i pieśni maryjnej, tak że cała kaplica wybrzmiała melodią z Lourdes „Ave, Ave, ave Maria”. Po Mszy parę osób podeszło, podziękować mi za to, że się z nimi razem modliłem.

 

Dziwna Msza. Miałem wrażenie jakbym wrócił do czasów pierwotnego Kościoła i opisów Eucharystii św. Justyna. Czułem się na niej dobrze. Zadawałem sobie pytanie, czy była ważna, ale to, co do ważności potrzebne było wszystko: ksiądz, chleb, wino, woda, formuła konsekracyjna. Prawie wszystko inne było improwizacją, w której jednak przebijała troska o Boga i człowieka.

 

Mówiąc szczerze, nie tyle czułem się niekomfortowo, a przecież lubię trzymać się litery, co czułem się  jakbym uczestniczył  w innym rycie. Nawet sobie pomyślałem, że zamiast wojenek liturgicznych, może Kościół powinien wymyślić jeszcze jeden ryt, obok rzymsko-katolickiego, greko-katolickiego czy chociażby tzw.  „mszy trydenckiej” zrobić jeszcze mszę „protestancko-katolicką”, albo „liberalno-katolicką”. Wtedy ci wszyscy, co nie mieszczą się w rubrykach, ze spokojnym sumieniem odprawialiby Eucharystię, trzymając się tego, co konieczne a czując się wolnymi w tym, co niekonieczne.

 

Wiem, że ja bym tak nigdy nie odprawił. Wiem, że tak nie można. Wiem, że ks. Gilbert jest bardzo ważnym i dobrym księdzem. I wiem, że nie wszystko jest takie proste. No taka historia...

 

 

Podobne