MaxirefleksjeO samobójstwie

O samobójstwie

5.12.2019

 

Myśli samobójcze są chorobą. Można by je nazwać rakiem psychiki. Rakiem, z którym walczy ludzkość od wieków, ale ciągle zbyt często przegrywa. Co to za rak?

Człowiek składa się z ciała i psychiki. I tak jak niektóre organy cielesne są kluczowe dla życia i można się wykończyć szybko na zawał serca, tak dla psychiki organem kluczowym jest sens. Dusza boli nas często. Czasem czujemy, że mózg jest zryty kompletnie. Ale kiedy zachwiany zostaje sens życia, wydaje się, że kluczowy organ psychiki przestaje istnieć i wtedy wszystko pcha człowieka w stronę śmierci. Samobójstwo w pewnym sensie nie jest decyzją. Jest ucieczką ciała przed bólem psychiki, bo psychika przed tym bólem nie potrafi uciec.

Nie dziwimy się, że ktoś umiera na raka, na zawał serca czy potrącony w wypadku. Rozumiemy to, że nie może już żyć, bo organy ciała zostały śmiertelnie przetrącone. I ani zdrowa psychika, ani pozostały zdrowe organy nie są w stanie naprawić dysfunkcji uszkodzonej części ciała. Tak i z myślami samobójczymi. Ani zdrowe ciało, ani pozostałe części psychiki nie są w stanie nieraz naprawić dysfunkcji sensu. I wtedy człowiek popełnia samobójstwo, czy - mówiąc lepiej - umiera na wskutek myśli samobójczych.

 

Co jest przyczyną załamania sensu?

Po pierwsze, nieszczęśliwy wypadek. Kilkanaście lat temu w maju, w jednym z miasteczek Italii, mąż wracał do domu z pracy i widząc z daleka, jak żona myjąc okna, spadła z czwartego piętra na beton, wpadł w taki szał, że pobiegł na most i rzucił się w dół ze skutkiem śmiertelnym. Kobieta przeżyła cudem. On o tym nie wiedział. Był pewno święcie przekonany, że żona umarła. Było to tak mocne uderzenie dla jego psychiki jak walnięcie tira w pieszego. Inny by rozpaczał, stracił wiarę w Boga, płakał dwa lata. Ten roztrzaskał sobie kompletnie sens.

Po drugie, odrzucenie w miłości. Odrzucenie czasem jest bardziej bolesne niż śmierć. Bo śmierć  nie mówi ci, że jesteś zerem, śmieciem, że dla kogoś nie jesteś wart. A odrzucenie powtarza ci to w kółko. Nie dość, ze straciłeś drugą osobę, to straciłeś ją, bo ty nie jesteś jej wart. I chociaż logika mówi, że jest wiele innych, że przejdzie, że to nie koniec świata, psychika może być przywiązana do drugiego tak mocno, że nie potrafi przeżyć zamiany miłości w nienawiść, bliskości w pustkę, wierności w zdradę, czułości w obojętność.

Po trzecie, po prostu odrzucenie. Przez rówieśników, kolegów w pracy, w domu przez mamę czy tatę. Bo gruba, bo niezdara, bo ruda, bo zezowaty. Niby nie ma tam miłości tej jedynej. Jak odchodzi tata, zostaje przecież mama. Jak odrzuca klasa, są przecież rodzice. Jednak pragnienie bycia z kimś blisko jest tak mocnym sensem życia, że odrzucenie przeżywane jest jako śmierć własnego sensu.

Po czwarte, choroba. Ks. Tischner miał mówić w chorobie, że jak nie boli, to da się cierpieć, ale jak przychodzi ostry ból, to nie chce się żyć. Parę dni temu słyszałem o chorym na raka, że gdyby nie wiara, to już dawno by skończył ze sobą. Bo ciężko żyć, jak boli ciężko.

Po piąte, nałóg. To też choroba, ale tym bardziej bolesna, że obciąża psychikę. Mówimy sobie i inni też mówią, że mógł nie pić, nie ćpać, nie iść w hazard. Próbujesz z tym walczyć. Nie idzie. Robisz postanowienia. Przegrywasz. Po latach zaczynasz tracić wszelką nadzieję. I nie mogąc zaakceptować tego stanu, wolisz umrzeć niż żyć do śmierci bez sensu zniewolony.

Po szóste, nieszczęśliwe wydarzenie. Trochę jak wypadek. Krach na giełdzie, przegrana ambicja, porażka zawodowa, ucięcie ręki pianiście. Coś, co było dotychczas sensem wszystkiego pryska jak bańka mydlana. I rozpaczając nad popiołem, nie jesteś już w stanie uwierzyć w feniksa ani gwiaździsty diament. Wolisz nie żyć, niż żyć ze śmiercią sensu.

Przyczyn może być pewno więcej, ale jest jakiś wspólny mianownik: przeogromny ból duszy, która jedyne rozwiązanie sytuacji widzi w śmierci, tak jak umierający z głodu jedyne rozwiązanie widzi w kromce chleba.

 

Czy można jakoś pomóc?

Fizycznie tak. Zatrzymać, związać. Sama psychika się nie zabije. Potrzebuje do tego ciała. Ale to bardzo trudne, bo skąd mamy wiedzieć, że kogoś trzeba już związać, bo nic mu innego już nie pomoże?

Fizycznie i psychicznie pomogą lekarze, psychologowie, psychiatrzy. Jeśli człowiek jest w stanie sam do nich iść, to jest bardzo dobrze. Ale może czasem trzeba kogoś zawieźć a nie mieć pretensji, że nie poszedł. Może czasem trzeba zawołać psychiatrę do domu jak się woła karetkę. Bo on już jest zbyt słaby, żeby sam sobie pomógł.

Skoro cierpi psychika, można też pomóc psychicznie, troszcząc się o te obszary, które bolą najbardziej. Musi być blisko rodzina tego, któremu umarł najbliższy. Muszą być blisko przyjaciele tego, kto odrzucony w miłości. Muszą być blisko koledzy z pracy, gdy szef poniża, uczniowie, gdy inni wykluczają. Muszą być lekarstwa na ból fizyczny, gdy psychika siada z powodu przeogromnego  cierpienia ciała. Oczywiście musi być też Bóg, spowiedź, komunia, adoracja, różaniec, koronka, chociaż czasem praca i zabieganie może pomóc bardziej niż modlitwa, na której człowiek może zadręczać się w samotności jeszcze bardziej.

Wspólnym mianownikiem różnych lekarstw na myśli samobójcze jest zawsze drugi, bo sam z sobą człowiek nie jest w stanie już sobie poradzić. I tak jak na intensywnej terapii potrzeba pielęgniarek, lekarzy i czujności, tak wokół ludzi dręczonych myślami o zabiciu siebie, trzeba człowieka i trzeba czujności. Żeby człowiek cierpiący na myśli samobójcze był jak najwięcej kochany. Bo najbardziej skuteczną kroplówką w tej chorobie jest miłość.

Mówiąc o drugim jako lekarstwie, mam na myśli również dręczącego myślami samobójczymi. Również on, powinien w miarę możliwości, skoncentrować się na innych, na tych, dla których warto żyć, na tych, którzy będą cierpieć, gdy umrze. Tak wyszła z myśli samobójczych biblijna Sara.
"Tego dnia była ona bardzo zmartwiona i zaczęła płakać. Poszła do górnej izby swojego ojca, chcąc się powiesić. Jednak zaraz opamiętała się i rzekła: «Niechaj nie szydzą z mego ojca, mówiąc do niego: „Miałeś jedną umiłowaną córkę i ona z powodu nieszczęść się powiesiła”. Nie mogę w smutku doprowadzać do Otchłani starości ojca mego. Lepiej dla mnie będzie nie wieszać się, lecz błagać Pana o śmierć, abym nie wysłuchiwała więcej obelg w moim życiu». (Tb 3,10)

Nie do przecenienia jest również profilaktyka. Żebyśmy naprawdę zaczęli myśleć, czy czasem nie jesteśmy przyczyną potęgującą myśli samobójcze. Bo niektórzy tak jeżdżą brawurowo po psychice innych, jak szalejący kierowcy na drogach, a wtedy o wypadek nietrudno. Trzeba wieków pracy, żebyśmy się nauczyli jak najmniej sprawiać bólu, kiedy musimy się rozstać z dziewczyną, mężem, pracownikiem, kolegą i żebyśmy się nauczyli jak najwięcej empatii, kiedy musimy wyrazić opinie, oceniać, skrytykować.

 

Wielu ludzi umiera na samobójstwo. Nie oceniajmy ich tak jak nie oceniamy tych, co umierają na raka. Zrozummy wreszcie, że człowiek ma nie tylko ciało ale i duszę, nie tylko ograny fizyczne, ale i psychikę. Kiedy w niej zaczyna wyparować sens, wszystko zmierza ku śmierci. Przez wieki ludzkość uważała, że choroby fizyczne są spowodowane grzechami. Jeszcze wiele lat upłynie zanim zrozumiemy, że samobójstwo nie jest decyzją woli, ale konsekwencją bólu psychiki. Nie ignorujmy tych, co wysyłają znaki samobójcze. Miejmy oczy otwarte na tych, którzy nie są w stanie takich znaków wysyłać. A jeśli nawet ktoś odbierze sobie życie a nam wydaje się, że zrobiliśmy wszystko, żeby do tego nie doszło, zostawmy tajemnicy życia i śmierci również ten margines, że być może są takie samobójstwa, przed którymi nie da się uratować, bo nie tylko choroby ciała mogą być nieuleczalne.

Mogę się mylić, ale tak to widzę. Nie osądzać, ale z bólem serca przyjąć, że tak jak Bóg pozwala na śmierć ciała nawet swoich świętych, tak - mimo wszelakiej pomocy - pozwala czasem na śmierć psychiki nawet swoich dzieci.

Podobne