Czerwiec to zwyczajny czas na przenosiny księży. To gorący czas dla wielu ludzi, którzy z nieskrywanym smutkiem lub ukrywaną radością reagują na decyzje biskupa. To jest jeden z tematów, który wymaga pilniejszej zmiany i większej synodalności. Przynajmniej z czterech powodów.
Po pierwsze, z powodu braku rozmowy. W wielu diecezjach dotąd nie rozmawia się z księżmi na temat ich ewentualnych przenosin. To znaczy rozmawia się z proboszczami, pracownikami Kurii, doktorantami czy jakimiś funkcyjnymi, ale co do zasady z wikarymi nie. Za jednego biskupa była prośba na Radzie Kapłańskiej, żeby jednak rozmawiać. „Nie mamy zwyczaju”. Była propozycja, żeby chociaż z tymi, co mają 20 lat kapłaństwa, bo rodzice starsi, więc może by dało się bliżej domu. Nie. Była prośba za drugiego biskupa: „Nie jesteśmy w stanie. Za dużo zmian”. Wiem, że od tego nie zbawi się świat. Ale jeśli biskup jest jedyną osobą na świecie, któremu ksiądz publicznie przyrzeka cześć i posłuszeństwo, to nie znaleźć 5 minut nawet na telefon, żeby zapytać czy ta zmiana jest w porządku, czy nie ma ksiądz do dokończenia dyplomowania czy mianowania w szkole, czy nowa placówka odpowiada jego możliwościom, to jest skandal. Często ludzie pytają jak tam synod i się dziwią, że księża nie są jakoś szczególnymi entuzjastami. Przecież jeśli biskup nie ma możliwości czy chęci porozmawiania z księdzem w tak ważnej dla niego decyzji, to przecież nikt na serio nie będzie się przejmował, że ktoś chce go zapytać o zdanie na temat ministrantek. I wbrew pozorom to jest naprawdę poważna sprawa. Nie może bowiem być tak, że mamy dwie kasty księży: lepszych i gorszych, z jednymi rozmawiamy, z innymi nie. Może, kiedy była szlachta i arystokracja to jakoś to było normalne, ale przecież tych czasów nie pamiętają nawet najstarsi biskupi!
Po drugie, z powodu formy komunikowania zmian. Na szczęście coraz więcej diecezji umawia się z księżmi, których dotyczą zmiany, zaprasza ich do kurii, dziękuję za to co było, błogosławi na to co będzie. Mam nadzieję, że i w Krakowie wrócimy do tego, co w Krakowie było. Wiem, że księża dziekani to poważne osoby i od nich dostać aplikatę to też zaszczyt, ale ileż razy zdarzyło się, że księdza nie było. Koperta z informacją o przenosinach w zakrystii, czy w skrzynce pocztowej. A byli też tacy, co się dowiadywali o swojej zmianie z Internetu. Nie byłoby Wam przykro, gdybyście się dowiedzieli od nowego dyrektora, że ktoś przychodzi na wasze miejsce, a nie od samego biskupa, że macie to miejsce ustąpić?
Po trzecie, z powodu zasady zmian. Wiadomo, że czasem trzeba księdza, czasem sam prosi, czasem wymaga tego organizacja diecezji, ale czemu my się trzymamy zasady, że księdza musi się zmieniać? Kiedy ktoś był wikarym 10 lat, to może to było jeszcze mało obciążające, ale teraz, kiedy czeka się 20, 25 lat na probostwo? Argument, że nauczy się lepiej, nie jest argumentem, bo najlepsi nauczyciele i profesorowie nie zmieniają szkół i uczelni co parę lat. Argument, że trzeba nauczyć księży, by nie przywiązywali się do ludzi też jest słaby. To w końcu zależy nam na relacjach? Czy parafia ma być domem, gdzie ksiądz jest ojcem, czy centrum usług religijnych, gdzie ma być dobrym menedżerem? Do dziś w sercu mam księdza, który ze smutkiem mówił, jak biskup kazał mu zmienić parafie, gdzie był proboszczem i zrobił wiele na nową, bo tam już nie ma co robić. A relacje? Wiem, że to grube, ale to jak powiedzieć mężczyźnie i ojcu, że skoro wychował dobrze kilkoro dzieci, to niech się ożeni teraz z inną i zrobi to samo, bo mu dobrze idzie. Zasada częstych zmian zabija relacje i obok patchworkowych rodzin będzie patchworkowy Kościół.
Po czwarte, z powodu organizacji. Jest gdzieś błąd w systemie, skoro nie mamy bazy danych ani wiedzy, który ksiądz na czym się zna. Jest gdzieś błąd, skoro biskup nie jest w stanie w ciągu roiku znaleźć jednego, dwóch dni by wykonać kilkadziesiąt telefonów do księży, którzy są jego bezpośrednimi współpracownikami. Jest gdzieś błąd, skoro księża mają bardzo nieproporcjonalne obciążenie obowiązków. Bez lepszej organizacji, myślenia całościowego i poukładaniu na nowo priorytetów, zmiany mogą być jak na meczu. Niby są, ale nie gramy wcale lepiej a gracze coraz częściej czują się tylko pionkami.