Od kilkunastu lat prowadzę co roku rekolekcje w różnych diecezjalnych seminariach i bardzo je lubię. Jest czas na modlitwę, na ciszę, piękna liturgia, entuzjazm młodych kleryków, zawsze ciekawe spotkania z pytaniami. Nieraz myślę, że byłoby dobrze, gdyby niewierzący czy sceptycy zamieszkali tak chociaż z nami na parę dni, to by zobaczyli, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Kościół realny prawie zawsze lepszy jest od medialnego.
Co roku jednak wracają myśli na temat, jakie ma być seminarium i jak przygotować kleryków do kapłaństwa, stąd podzielę się paroma, bo są dosyć stałe.
1. Obecny model seminarium sprawdził się z grubsza przez ostatnie kilka stuleci. Większość, która przyszła, zostawała księżmi. Większość, która zostawała księżmi, trwała w kapłaństwie do śmierci. Te seminaria wydały Wojtyłę i Popiełuszkę, Wyszyńskiego i Blachnickego, tysiące męczenników i zwyczajnych bardzo fajnie pracujących księży. Pewno, że nie wiemy do końca, czy owoce były pomimo formacji czy dzięki, ale na pewno formacja seminaryjna nie zabroniła ludziom być całkiem dobrymi księżmi.
2. Obecny model seminarium nie przygotowuje jednak za bardzo do życia w kapłaństwie, może co najwyżej w zakonie. W kapłaństwie nie ma wspólnego brewiarza, nie ma medytacji porannej, nie ma spania w jednym pokoju z innymi, nie ma wspólnych spacerów i nie ma poukładanego życia jak w klasztorze u Kamedułów. Nie chodzi o to, że to są złe rzeczy, ale że kleryk w tym modelu nie jest przygotowany do układania sobie tak dnia, żeby znalazł sam czas na modlitwę, żeby radził sobie sam a nie z kolegami. Za bardzo kładzie się nacisk na sposób życia, który nigdy się nie zdarzy. I potem człowiek musi sobie jakoś układać siebie sam.
3. Obecny model bardzo często też skupia się na takich drobnostkach, które nie są istotne w kapłaństwie: gaszenie świateł o 22.00, zakaz alkoholu, ograniczenie komórek, zakaz wychodzenia na spacer pojedynczo, limitowany dostęp do internetu. To wszystko robi się z założenia dla dobra kleryków, ale za bardzo przypomina to dziewczynę, która zakazuje swojemu chłopakowi wielu rzeczy, bo się o niego boi. A przecież to w tym „okrutnym świecie”, gdzie młody chłopak mógł pić, wychodzić wieczorami, siedzieć na kompie czy komórce ile chciał, w tym „liberalnym świecie” Bóg go powołał! Problem z tymi drobnostkami jest taki, że one zamiast pomagać przeszkadzają. Ja nigdy w seminarium nie czułem się samotny, bo wieczorami nie myślisz o celibacie, tylko czy Cię złapią jak nie zgasisz światła, albo czy będzie afera, jak nakryję rozmowy nocne na silentium. Koncentracja na szczegółach przeszkadza w zmierzeniu się z realnymi problemami.
4. Obecny model daje również za mało czasu klerykom. To jest jakiś skandal, że nie mają ani jednego dnia wolnego i to jest jakaś lekka patologia, jeśli robi się wszystko, by nie mieli wolnego, bo wtedy przyjdą im głupoty do głowy. I to jeszcze pod przykrywką, że klerykiem jest się cały czas i mamy przygotowywać ich do kapłaństwa na 24 godzin dziennie i 7 dni w tygodniu. To jest fundamentalnie niezrozumienie, że niewolnik nie będzie nigdy twórczy. Po to jest czas wolny w życiu człowieka, dziecka, młodego i studenta, żeby było miejsce na twórczość. Bez tego czasu wolnego w młodości nie byłoby zbierania znaczków i związku kolarstwa, olimpiad zimowych i letnich z rówieśnikami ze wsi, nie nauczyłbym się gry na gitarze i nie grał na weselach, nie byłoby oazy i pisania wierszy. Czas wolny to niesamowity potencjał, by odkryć siebie tak jak szkoła czy rodzina nas nie odkryje. To samo w seminarium. Nikt nie myśli o tworzeniu, bo każdy się zastanawia, jak się wyrobić z tym co jest.
5. Obecnie jest też tendencja, żeby seminarium wydłużać. Od kilku lat wprowadzono rok propedeutyczny, bo 6 lat to za mało, 7 ma być lepiej. Już sama obserwacja zakonników pokazuje, że wydłużanie formacji się nie sprawdza, ani jezuici, ani dominikanie, ani franciszkanie czy ktokolwiek nie są lepszymi księżmi, bo dłużej na kapłaństwo czekali. 6 lat to jest naprawdę dużo. I jeśli to wystarcza lekarzom, policjantom, prawnikom, pielęgniarkom i wielu innym, to wystarczy i księżom. 25 letni mężczyzna może być dojrzały do tego, by być ojcem, mężem, księdzem i lekarzem. A jak poszczególne jednostki nie są, to już można indywidualnie rozpatrywać. Człowiek bowiem nie dojrzewa przez siedzenie w seminarium, ale przez zadania i odpowiedzialność. A ta przychodzi dopiero w kapłaństwie. To, że są młodzi, to że wydają się niedoświadczeni to normalne, tak też jest w każdej pracy i każdej rodzinie. Ale w seminarium nie wydorośleją bardziej, nawet gdybyśmy ich trzymali kolejne 6 lat.
To chyba jest najważniejsze, co mi wraca co roku: mniej stylu życia w seminarium jak w zakonach, mniej zakazów rzeczy, które i tak nie będą potem zakazywane, rezygnacja ze sztucznego przedłużania i więcej wolności, nawet jakby ona miała się okazać nieszczęsnym darem